Właśnie zakończył się festiwal Transeuropa, trwający w dniach 5-15 maja i odbywający się symultanicznie w 12 europejskich miastach; m.in. Londynie, Paryżu, Amsterdamie, Berlinie, Pradze, Sofii, Budapeszcie, a w tym roku również i w Lublinie – jedynym polskim mieście wśród festiwalowej dwunastki. I w Lublinie się udało – mimo zwiastunów zapowiadających niesprzyjającą atmosferę.

Sztandarowe hasła festiwalu to wolność, demokracja i ponadnarodowa kultura. Tematyka tegorocznej edycji dotykała kwestii prawa emigracyjnego, europejskiej polityki społecznej, praw mniejszości kulturowych, narodowych i seksualnych. W zamyśle twórców Transeuropa ma stwarzać miejsce spotkania myśli i wymiany idei – od żywych debat i dyskusji, poprzez wykłady, odczyty i filmowe projekcje, aż po artystyczne wystawy, spektakle teatralne, performance i happeningi. Wedle organizatorów nie chodzi o mnogość jednoczesnych festiwali w różnych miastach Europy, ale o jedno wspólne wydarzenie kulturalno-polityczne. Nie wiem, czy akurat ten ostatni cel udało się osiągnąć – zdarzenie to widzę jedynie z perspektywy Lublina. Z całą pewnością mogę jednak powiedzieć, że mamy za sobą dziesięć dni wypełnionych bardzo atrakcyjnym programem. Nie sposób tu w całości go omówić. Chcę jednak odnotować kilka rzeczy, które nadały festiwalowi znamiennych rysów.

Wiodącym wątkiem lubelskiej odsłony festiwalu bez wątpienia były kwestie praw mniejszości seksualnych. Na oficjalne otwarcie urządzono wernisaż kuratorskiej wystawy Pawła Leszkowicza Miłość to miłość. Sztuka jako aktywizm LGBTQ – od Brytanii po Białoruś. Jeszcze przed otwarciem odbyła się dyskusja o książce Drogi do wolności poświęconej działalności społecznej i politycznej Izabeli Jarugi-Nowackiej, w tym również jej zaangażowaniu w obronę praw gejów i lesbijek. W dyskusji udział wzięli m.in. Robert Biedroń i Beata Maciejewska.
Wydarzeniem budzącym zainteresowanie mediów był pokaz homoerotycznej panoramy Lublina – Miasto miłości Piotra Nazaruka. W toku debat i wykładów mówiono m.in. o wielościach tożsamości płciowych, wyjaśniano różnice między takimi pojęciami jak transseksualizm, transgenderyzm, transwestytyzm, czy crossdressing. Przybliżano współczesne problemy z jakimi borykają się osoby transpłciowe.

Mimo, że był to wiodący wątek festiwalu to nie jedyny, ani nie dający pełnego obrazu. Spora część wydarzeń odwoływała się do historii wielokulturowego i transnarodowego Lublina. Niemal wszystkie lokalne gazety drukowały opowieści Tomka Kitlińskiego o wybitnych Żydówkach z lubelszczyzny – Róży Luksemburg, Beli Szapiro i Nan Goldin. Na festiwalu gościła Irena Grudzińska-Gross, m.in. współautorka Złotych żniw. Odbyły się spotkania o narodowych mniejszościach Lublina; ukraińskiej, romskiej; o migrantach i uchodźcach szukających w naszym mieście schronienia, a Robert Kuwałek z Muzeum na Majdanku zabrał wszystkich w niezwykłą podróż po żydowskim Lublinie, którego już nie ma.  

Publiczność na ogół dopisywała. Na spotkanie z Kazimierą Szczuką, podobnie jak na wernisaż prac z cyklu Madonny Katarzyny Hołdy przybyły prawdziwe tłumy. Wygłoszono kilkanaście wykładów na temat filozofii, kultury i sztuki. O tej ostatniej dużo też debatowano. Sam festiwal dostarczał materii do dyskusji o performatywnych kompetencjach sztuki i granicach artystycznej wolności.

Można to sprawdzić samemu, ale zapewniam, że programem Lublin bił na głowę inne Europejskie miasta, a co najważniejsze, nie licząc bodaj jednego odwołanego spektaklu, program ten w całości zrealizowano. I główna w tym zasługa Tomka Kitlińskiego, który przez festiwalowe dni był prawdziwym „człowiekiem orkiestrą”. On sam mówi, że wydarzenie to nie mogłoby się odbyć bez współpracy lubelskich środowisk twórczych i aktywistycznych – m.in. Galerii Labirynt, Tektury, Teatru NN, „Spółdzielni”, Homo Faber i miejscowych grup Amnesty International, Kampanii Przeciwko Homofobii, czy klubu Krytyki Politycznej.

Transeuropa w Lublinie to nie tylko festiwal wiedzy, kultury i sztuki. To również swoisty test na społeczną otwartość – nie tylko mieszkańców, ale i władz miasta. Wydawał się tym bardziej trudny do przejścia, że poprzedzały go symptomy nie wróżące niczego dobrego. Zaczęło się od tego, że ktoś dość sprawnie przerobił logo lubelskich starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury „Miasto inspiracji” na „Miasto bez dewiacji” – z wyraźnie homofobicznym akcentem – i rozkolportował je po mieście w zauważalnym nakładzie. Później pewna firma graficzna odmówiła wydruku jednej z plastycznych prac przygotowanych na festiwal, tłumacząc, że obraża ona Lublin i jego mieszkańców – chodzi tu o wspomniane już Miasto Miłości, w którym charakterystyczne dla Lublina budynki i pomniki stały się tłem męskiej homoseksualnej orgii. Ostatecznie pracę wydrukował kto inny. Również wernisaż Katarzyny Hołdy zyskał sławę zanim jeszcze się odbył. Jej Madonny, mówiąc w największym skrócie, to uczłowieczenie tego, co w kulcie matki i macierzyństwa zazwyczaj nadmiernie egzaltowane. Pewien mieszkaniec Lublina napisał do władz miasta protest przeciwko jej pracom, które rozpoznał jako „przedłużenie zbrodniczych działań wobec Błogosławionego Jana Pawła II”!

O ile jeszcze odmowa druku Miasta Miłości w warunkach demokracji jest zupełnie do zaakceptowania – choć nie wiadomo dlaczego jeden drukarz ma mówić w imieniu pozostałych mieszkańców – to już drugi przypadek prawdziwie zdumiewa. Przytaczam go przy pełnej świadomości, że komentowanie idiotyzmów często daleko nie odbiega od ich głoszenia. Na usprawiedliwienie mam jednak to, że w tym memencie już tylko relacjonuję doniesienia medialne. Protest człowieka, który dopatrzył się w plastycznej wystawie wspólnego frontu z zamachowcami na papieża-Polaka wpłynął do sekretariatu Prezydenta Lublina, a stamtąd wyciekł do prasy. Jednocześnie w tych samych prasowych artykułach Prezydent zdementował ustami swojej Rzeczniczki wcześniejsze doniesienia o współfinansowaniu festiwalu ze środków Urzędu Miasta.

O czym to może świadczyć? W najlepszym razie o tym, że władzom nie udało się rozpoznać nastrojów społecznych. Umknęło im, że w kwestach akceptacji lub przynajmniej tolerancji inności jest coraz lepiej. To już nie chodzi o to, że festiwal nie został fizycznie zaatakowany – nikt nie przyszedł tłuc szyb, niszczyć prac, czy kogoś bić – jak to zdarzało się w Lublinie jeszcze parę lat temu przy podobnych okazjach. Licznie przybyła na wydarzenia festiwalowe publiczność dowiodła, że mimo różnych światopoglądów jest w stanie prowadzić merytoryczną dyskusję, w której emocje ustępują miejsca argumentom. A to jest oznaką dojrzałości. Co ciekawe, najbardziej emocjonowali się ci, co Transeuropy na oczy nie widzieli. Rozczarowujące, że to właśnie pod ich wpływem Ratusz wycofał się rakiem i nie chce być kojarzony z festiwalem.
A może zdecydował o tym jakiś „sojusz tronu z ołtarzem”? Podobno z ambony lubelskiej katedry potępiono Madonny i niejako z rozpędu wszystkie inne festiwalowe wydarzenia, zanim w ogóle się odbyły – sam tego nie słyszałem, ale takie chodzą po mieście słuchy.
Tak czy inaczej szkoda, że sukces festiwalu Traneuropa w Lublinie nie może być również sukcesem Władz Miasta.

Rafał Czekaj